Lato to nie tylko słońce, czyli jak na Pomorzu konwencje łamią się same

 

Midsommer, Sopot 2017

 

Łamanie konwencji zaczęło się już od najbardziej podstawowej kwestii – daty święta. W tym roku Midsommer obchodziliśmy nie tak, jak najbardziej przywiązanych jest większość osób w Polsce, w noc przesilenia letniego, ale nieco później – 10 lipca. Można by sądzić, że ze względu na konwencję skandynawską, gdzie święto środka lata jest obchodzone 14 lipca. W rzeczywistości wytłumaczenie jest znacznie prostsze. Dla nas po prostu od wszystkich dat i kalendarzy ważniejsi są ludzie, w gronie których chcemy świętować.

Nie dziwcie się. Dawne społeczności żyły według pewnego rytmu. Celebrowanie świąt było jego nieodłączną częścią, dlatego dostosowywanie rytmu pracy i świętowania opierało się na zupełnie innych zasadach, niż ma to miejsce w życiu współczesnych pogan. Dziś nie zawsze możemy sobie pozwolić na postawę typu „rzucam wszystko i biegnę na blot”. Naszym zdaniem warto więc „naginać kalendarze” i dostosowywać czas celebracji świąt do naszego realnego trybu życia.

Co więc miałoby być priorytetem – trzymanie się umownych dat, czy może czekanie na taką, kiedy jak najwięcej chętnych osób może pojawić się na święcie, w dodatku nie „na szybko” i „w biegu”, ale z kilkoma godzinami wolnego czasu, na spokojnie, z możliwością otworzenia się na duchowe przeżycie rytuału, zamiast myślenia przez cały czas o tym, że „zaraz muszę lecieć, bo obowiązki czekają”. Doszliśmy więc do wniosku, że stan świata nie zmienia się z dnia na dzień, bogom prawdopodobnie bardziej wszystko jedno, a ludziom niekoniecznie.

Okazało się, że nie tylko data święta była w tym roku nietypowa, ale i pogoda. Świętowanie Midsommer w powszechnej świadomości zapisało się jako tańce wokół strzelającego w górę ognia pod czystym, błękitnym niebem w słoneczny dzień i ciepły, pogodny wieczór. My nie mieliśmy ani ognia, z którego rozpalenia zrezygnowaliśmy bardzo szybko, ani grzejącego słońca. Była za to niesamowita burza!

Świętowaliśmy w naszym stałym, dobrze sprawdzonym i wielokrotnie już wypróbowanym miejscu. To właśnie tam – w ustronnym, dzikim zakątku plaży pomiędzy Gdynią a Sopotem – ostatnio najczęściej odbywają się nasze obrzędy. Duchy tego miejsca są nam przychylne, a bliskość morza z jednej strony i lasu z drugiej wprowadza klimat lokalnego folkloru.

Już w drodze na plażę zaskoczyła nas ściana deszczu. Dokładnie tak – to nie był po prostu deszcz, to była ściana deszczu właśnie. Jeszcze długo zanim dotarliśmy na miejsce w naszych ubraniach ciężko było znaleźć choćby jedną suchą nitkę. Rozpalanie ognia darowaliśmy sobie praktycznie od razu. Przy tej ilości i sile lejącej się z nieba wody zwykłe zapalenie papierosa graniczyło z cudem, toteż doszliśmy do wniosku, że z ogniskiem miałby poważne problemy nawet najlepszy harcerz 😉 Rozsądniej było więc od razu zająć się kopaniem dołu na ofiary w ziemi. Być może tak właśnie miało być… Nie wiem, co sądzą o tym inni uczestnicy, ale w moich myślach i odczuciach to święto z jakiś powodów przez cały czas przebiegało zdecydowanie pod znakiem ziemi, nie ognia.

Niektórzy pewnie mogliby poczuć rozczarowanie, jednak czy nie jest prawdą, że użyźniający, zapładniający glebę deszcz to właśnie to, czego ziemia, na której żyjemy, najbardziej potrzebuje latem? Nie widzę więc powodu do smutku i marudzenia!

Nasze bloty charakteryzują się zwykle prostą i jasną formułą bez zbędnego przepychu i przerostu formy nad treścią. Tym razem było nie inaczej. Szczególnie, że świętowaliśmy w kameralnym męskim gronie. Toteż jak to u prostych chłopaków znad morza – było prosto, konkretnie i od serca.

Mimo wszystko „była moc”! Thor każdy nasz toast kwitował solidnym grzmotem albo rozświetlającym pochmurne niebo nad nami rozbłyskiem. Osobiście czułem też silnie bliskość Wanów. Miód pity ze wspólnego rogu rozgrzewał niezawodnie, a bliskość życzliwych sobie ludzi była jak zwykle bezcenna.

Po zakończonym obrzędzie jeszcze przez jakiś czas, zanim rozeszliśmy się do swoich domów, raczyliśmy się miodem i ciekawymi rozmowami – tak poważnymi, jak i dowcipnymi.

Wspominając tegoroczne, dość nietypowe Midsommer, dochodzę do prostego wniosku: Nie wszystko w życiu wychodzi zgodnie z przewidywaniami i… tak też jest dobrze.

Relacje z Midsommer nad Odrą możesz przeczytać tutaj.